- Ubieraj się. – mruczę, wchodząc do mieszkania. Oczywiście, leżysz w łóżku, niemalże cała okryta kołdrą, dość litości, trzeba to skończyć, nawet jeśli Ty nie będziesz tego chciała- Wstawaj i ubieraj się, Oliwia.
Patrzysz na mnie nieprzytomnie, chyba się przyzwyczaiłem do tego wzroku, nie działa na mnie, biorę Cię na ręce i sadzam na łóżku mimo protestów. Ściągam Twoją pidżamę, Twoje wystające żebra i rana postrzałowa przykuwają jak zawsze moją uwagę, ale nie daję tego po sobie poznać. Na nogi zakładam Ci spodnie, są trochę za luźne, trudno, zabiorę Cię na wielkie zakupy jak dojdziesz do siebie. Koszulka z Garfieldem, która pochodzi chyba jeszcze z czasów gdy byłaś nastolatką również jest trochę za duża, ale na nią zakładam Ci jeszcze ciepły sweter i kurtkę, a stopy okrywam moimi skarpetkami- nie mogę znaleźć żadnych Twoich. Wsuwam na nie moje stare buty, wyglądasz w nich jak w kajakach, to nic, poradzimy sobie jakoś.
- Co ty właściwie robisz?- udaje Ci się zapytać kiedy jesteśmy już przy wyjściu z mieszkania.
- Biorę cię na spacer.
- Nie chcę wychodzić, postaw mnie!
- Nie.
- ZBYSZEK, NIE WYJDĘ, DO JASNEJ CHOLERY BOJĘ SIĘ NIE ROZUMIESZ?
- Nie.
Jakoś udaje mi się zamknąć mieszkanie, zachowujesz się jak dziecko, wierzgasz nogami i rękami, ale ja nie zamierzam się poddawać. Wchodzę z Tobą do windy ku zaskoczeniu sąsiadów z góry i wciskam guzik z napisem 0.
- Przytul się mocno, bo zimno na dworze.- mówię kiedy jesteśmy przy drzwiach od bloku i otwieram je.
Bucha na nas zimno, jest z pięć stopni na minusie, czuję jak zamykasz oczy, trzęsiesz się , nie wiem czy z zimna, czy ze strachu, zapomniałem ubrać Ci rękawiczek, przepraszam, pada śnieg, tak bardzo kochasz śnieg, poczuj to, wróć do mnie, Kochanie.
- Otwórz oczy, Oliwko. – szepczę Ci do ucha- Nic ci nie grozi, jestem tu z tobą. Otwórz oczy.
Nie zawiedź siebie i nie daj się ponieść- twoja ostatnia szansa nadeszła.
Jest zimno, jeszcze zimniej niż zwykle, dlaczego wyprowadziłeś mnie na zewnątrz? W pierwszej minucie zachłysnęłam się powietrzem, tak dawno nie czułam mrozu, a zawsze tak kochałam zimę i wszystko co było z nią związane.
Otwieram oczy, do których natychmiast wpada płatek śniegu. Śnieg. Mokry, lepki, można by ulepić bałwana, ciekawe czy pamiętam jak to się robi? Dziesiątki płatków na moich policzkach, są zimne, rozpływają się powoli, wyglądają jak łzy, a może to faktycznie łzy, może to łzy szczęścia, bo chyba płaczę, bo jest tak pięknie, bo tak dawno nie widziałam piękna.
Stawiasz mnie na ziemi, stopa wylatuje mi z Twojego o wiele za dużego buta, podtrzymujesz mnie, jakby bojąc się że upadnę albo ucieknę do bloku, że Twoje starania nic nie dadzą. Nic takiego nie robię, stoję, głowę mam zadartą wysoko do góry, niebo jest cudownie rozgwieżdżone, z nieba pada śnieg, tu na Ziemi jest jak w raju. Spoglądam na ulicę, którą miałam okazję widzieć tylko raz podczas powrotu ze szpitala, latarnie przysypane białym puchem, oszronione szyby, ze zderzaków samochodów zwisają niewielkie sopelki, wyglądają jak zęby auta, zawsze myślałam, że to zęby auta jak byłam dzieckiem. Przesuwam stopą po ośnieżonym chodniku, przypominam sobie jak robiliśmy aniołki w śniegu, jak jeździliśmy na nartach, przynajmniej dopóki nie miałeś zapisanego zakazu w kontrakcie, wspominam Twój czerwony nos i spoglądam na Ciebie. Masz na głowie śmieszny beret, kiedyś bym Cię wyśmiała, właściwie czemu nie, dlaczego nie mogę wyśmiać Cię teraz?
- Z czego się śmiejesz?- pytasz udając obrażonego, kiedy ja prawie zataczam się ze śmiechu- Nie podoba ci się moja czapka.
- Gorszej nie widziałam. – oznajmiam wesoło.
Uśmiechasz się do mnie ciepło i łapiesz za zmarzniętą dłoń. Stoimy tak, nie wiem jak długo, nie odczuwam już tak zimna, za to Ty chyba wręcz przeciwnie, gdy proponuję żebyśmy wracali mówisz, że zostaniemy tak długo jak będę potrzebować, więc stoimy tak kolejne minuty, może godziny.
- Trzynaście dni przed planowanym powrotem do Polski, podczas śniadania rozległy się strzały. Jakoś udało mi się zawiadomić centralę, potem przerwało połączenie. Zaczęliśmy ewakuować rannych do schronu, wtedy pierwsze osoby ginęły. Talibowie wrzucili granaty do dwóch pomieszczeń w budynku, uderzenie było tak silne, że my będący w innym pokoju upadliśmy i zostaliśmy zasypani gruzem. Myślałam, że to koniec, chłopaki mnie wyciągnęli, okazało się, że złamałam nogę. Wydawało nam się, że przerwali ogień, było tak cicho, pomogli mi wydostać się stamtąd i razem doszliśmy prawie do schronu. Wtedy skapnęli się, że ludzie musieli go zamknąć po usłyszeniu wybuchu i pobiegli go otworzyć. Zostałam ja i Wojtek, mój przyjaciel. Nie wrócili się, powiedzieliśmy, że poradzimy sobie sami. Nie mieliśmy siły, na sekundę zatrzymaliśmy się, było parę metrów do zejścia do schronu. Ktoś strzelał, było siedem strzałów, sześć trafiło w Wojtka, jeden w mój bok. Upadłam, nie czułam nawet, że oberwałam, słyszałam, że ten strzelec idzie tu sprawdzić czy wszystkich zabił, nie udawałam, że nie żyję, przewrócił mnie na plecy, widział, że mam otwarte oczy. Odszedł, zostawił mnie żywą. I przeprosił. Wojtek zginął na miejscu.
Oddycham szybko po skończeniu opowieści, leżymy w śniegu w miejscu gdzie teoretycznie jest piaskownica, trzymasz mnie mocno, czuję się dobrze. Jakby lekko, pierwszy raz od jakiś dwóch lat.
- Obiecałam ci, że wrócę. Wróciłam i już nigdzie się nie wybieram. Nigdy.
Boże, niesamowicie nawaliłam. Ale zajrzałam na bloga, na wywiadera, a Wy nadal chcecie poznać zakończenie tej historii. Obiecuję, na dniach. I dziękuję za wytrwałość, to wiele dla mnie znaczy.